Liofilizaty Trek'n Eat

W poprzednim teście żywności liofilizowanej wspominałem, że jestem dużym fanem tego rodzaju posiłków. Niska waga, objętość czy w końcu możliwość zjedzenia ciepłego posiłku na szczycie zdobytej przed chwilą góry, to dla mnie ogromne zalety.

W tym artykule ponownie nie będę szczegółowo opisywał procesu powstawania liofów i ograniczę ogólne informacje, bo tych w sieci jest mnóstwo. Skupię się na liofilizatach jednego z producentów, a konkretnie produktach Trek’n Eat (zobacz profil na Facebooku).

Liofilizaty Trek’n Eat

Ilość dostępnych na naszym rynku produktów sprawia, że obecnie podejmujemy nie tylko decyzję czy w ogóle na daną wycieczkę zabrać liofy, ale przede wszystkim jaki wybrać rodzaj, smak czy producenta.

Ostatnio opisywałem żywność liofilizowaną francuskiej firmy Voyager (zobacz artykuł). W dzisiejszym wpisie skupię się z kolei na produktach marki Trek’n Eat. Posiłki szwajcarskiego producenta testowałem ostatnio w Słowackim Raju, gdzie wybrałem się na weekend z namiotem. Zanim jednak przejdę do opisu posiłków, kilka porad, na jakie wyjazdy według mnie najlepiej zabierać żywność liofilizowaną.

Gdzie najlepiej zabrać ze sobą żywność liofilizowaną?

Największymi zaletami liofów jest ich niska waga i niewielka objętość. Warto je więc zabrać wszędzie tam, gdzie liczy się dla nas lekki plecak. Przykłady? Idealne wydają się na kilkudniowe wędrówki z noclegiem w namiocie. Biorąc pod uwagę, że musimy zabrać ze sobą ubrania, śpiwór, namiot, karimatę, a do tego jedzenie i wodę, nawet jeśli zapasy będziemy mogli uzupełniać po drodze, waga każdej z tych rzeczy zaczyna się robić bardzo ważna.

Innym przykładem, mogą być coraz popularniejsze ostatnio tzw. górskie wyrypy, czyli trekkingi w trakcie których mamy do przejścia kilkadziesiąt kilometrów (czasami jest to 60 km, a czasami nawet ponad 100 km). Z założenia trasę pokonujemy bez dłuższych odpoczynków, więc ilość i wagę zabieranych rzeczy trzeba zmniejszyć do minimum. Oczywiście na takich trasach najczęściej są schroniska, ale jedno czy dwa opakowania liofów dadzą nam znacznie większą swobodę i możliwość zjedzenia ciepłego posiłku, dokładnie tam gdzie złapie nas głód, a nie za 20 km.

Jeszcze kolejny przykład miejsca, gdzie warto zabrać żywność liofilizowaną to wyjazd w zagraniczne góry. Dlaczego? Bo tak jest taniej! Może to zabrzmieć dziwnie, bo przecież żywność liofilizowana jest dość droga. Jednak w rzeczywistości za liofa zakupionego w Polsce zapłacimy mniej niż za obiad w schronisku w Alpach czy nawet Tatrach Słowackich.

Trek’n Eat

Wróćmy teraz do liofilizatów Trek’n Eat. Producent oferuje bardzo bogaty wybór dań obiadowych, w tym posiłków dla wegetarian. Zjemy także liofilizowane śniadanie, czy deser.

Liofilizaty Trek'n Eat

Śniadanie, obiad, danie wegetariańskie i deser

Nie brakuje również przekąsek. Brakuje natomiast zwykłych owoców liofilizowanych, które w górach z przyjemnością jem na deser i osobiście wolę od np. musu, którym z łatwością można się ubrudzić.

W sprzedaży dostępne są zarówno dania w porcjach dla jednej osoby, dla jednej ale powiększone oraz dla dwóch osób. Posiłki są bardzo sycące. Po zjedzeniu porcji, czułem się naprawdę pełny. 

Tak jak w przypadku żywności liofilizowanej innych producentów, liofilizaty Trek’n Eat możemy najczęściej przygotować w opakowaniu. Większość posiłków trzeba po prostu zalać wrzącą wodą i zostawić na 10 minut w zamkniętym opakowaniu. Warto natomiast posiadać garnek z miarką, bo chociaż na opakowaniu jest informacja, że zalewamy posiłek do linii, to ja żadnej w środku nie widziałem.

Śniadanie

Liofilizaty Trek’n Eat na śniadanie to jajecznica z cebulką lub różnego rodzaju musli. Najwięcej energii dostarczy nam jajecznica. Porcja dla jednej osoby waży 125 g w plecaku i 310 g po nawodnieniu. Taki posiłek to niebagatelne 595 kcal. Cena jajecznicy wynosi około 18 zł. Przygotowanie jest natomiast trochę kłopotliwe. O ile w przypadku większości liofów Trek’n Eat, wystarczy je zalać wrzącą lub czasami nawet zimą wodą, tak w przypadku jajecznicy, konieczna jest standardowa obróbka cieplna. Porcję należy zalać zimą wodą, a następnie smażyć na patelni. Powiedzmy sobie szczerze, na kilkudniowe trekkingi raczej patelni nie bierzemy. Znacznie rozsądniejszy jest zwykły garnek, który dodatkowo pozwoli nam zagotować w nim wodę. Próbowałem podsmażyć jajecznicę właśnie w garnku, ale skończyło się to przypaleniem, chociaż cały czas mieszałem.

Dużo wygodniejsze w przygotowaniu są musli. W ofercie Trek’n Eat znajdziemy musli pełnoziarniste z owocami czy musli “Po Szwajcarsku”. Wystarczy je zalać zimną wodą, chociaż osobiście sugeruję użycie letniej. Wówczas po prostu jedzenie jest przyjemniejsze. Musli oczywiście nie musimy zjeść tylko na śniadanie. Ze względu na bardzo łatwe przygotowanie, dobrze nadaje się także jako szybka przekąska w środku dnia. Cena porcji dla jednej osoby to około 14 zł.

Obiad

W przypadku dań obiadowych, wybór jest zdecydowanie największy. W Słowackim Raju posilałem się wołowiną a la strogonof. Danie miało solidną dawkę mięsa i zdecydowanie przypadło mi do gustu pod względem smaku. Dużą zaletą tego posiłku jest także korzystna cena. Z porcji w plecaku 250 g, po nawodnieniu uzyskamy 850 g solidnego posiłku którym spokojnie najedzą się 2 osoby, a cena to tylko około 23 zł. Przygotowanie posiłku wymaga zagotowania około 600 ml wody, a czas oczekiwania od momentu zalania to 10 minut.

Inne dania obiadowe Trek’n Eat to np. kuskus z kurczakiem, gulasz irlandzki, danie węgierskie z wołowiną i makaronem czy ryż po bałkańsku. Zjemy także posiłki bazujące na rybach jak śródziemnomorski gulasz rybny z ryżem czy danie Red Fish Curry. To tylko kilka przykładów. Smaków dań obiadowych jest znacznie więcej. Zresztą sprawdźcie sami skalnik.pl/trek-n-eat-b.

Posiłek wegetariański

Wegetarianie nie mają w górach najłatwiejszego życia. W polskich schroniskach najczęściej dostępne są popularne dania mięsne, a jeśli będzie można zakupić posiłek bez mięsa, to wybór raczej nie powala. Dla osób na diecie wegetariańskiej, liofilizaty Trek’n Eat to więc bardzo dobra alternatywa. 

Miałem okazję spróbować Chana Masala, czyli potrawy wegetariańskiej z bogatą w białko ciecierzycą. Przyprawa curry dodała posiłkowi charakteru i chociaż lubię i często jem mięso, to ten posiłek wegetariański wspominam bardzo dobrze. Porcję 180 g w plecaku zalewamy 360 ml wrzącej wody i czekamy około 10 minut. Taki posiłek dostarczy 602 kcal. Liofilizaty Trek’n Eat w wersji dla wegetarian to także np. puree z papryką chili, makaron w sosie warzywnym, kuskus z warzywami czy risotto sojowe z bukietem warzyw. Jak więc widać wybór jest całkiem solidny. Cena posiłku wegetariańskiego to około 20-22 zł.

Deser

Pora na deser. Jak wspominałem brakuje mi owoców liofilizowanych czy np. sałatek owocowych. Zjemy natomiast np. waniliową leguminę ryżową, mus czekoladowy czy krem karmelowy. Cena deseru to około 14-17 zł. Niektóre dania deserowe musimy zalać wrzącą wodą, a do niektórych wystarczy zimna. Na wyjeździe miałem okazję spróbować kremu karmelowego amaretto z ciasteczkami amrettini. Aby przygotować deser wystarczy go zalać zimną wodą, dokładnie wymieszać i po kilku minutach można już jeść. Deser możemy potraktować jako nagrodę po ciężkim dniu na szlaku lub jako zastrzyk energii w trakcie wędrówki. Pytanie jednak czy opłaca się wydawać kilkanaście złotych na deser liofilizowany, skoro za mniejsze pieniądze kupimy czekoladę czy batony energetyczne, które nie różnią się wiele wagą? 

Coś ekstra

Liofilizaty Trek’n Eat to także posiłki peronin, czyli płynny pokarm opracowany z myślą o osobach podejmujących się ekstremalnego wysiłku. Organizm człowieka przyswaja go w zaledwie 6 minut. W sprzedaży produkt oczywiście jest odpowiednio wysuszony, więc waży tylko 100 g, a po dodaniu wody waga wzrasta do 500 g. Taka porcja dostarcza około 440 kcal i bardzo dużą dawkę witamin. Dostępne smaki to wanilia, kakao i pomarańcza, a cena jednego opakowania wynosi około 16 zł.

Smak

Wyżej celowo starałem się nie wspominać o smaku, bo jego ocena jest bardzo subiektywna. Na wyjeździe, wszystkich posiłków próbowaliśmy we dwoje – ja i moja partnerka Andżelika. Jak się później okazało, posiłki ułożyliśmy w zupełnie innej kolejności. Przykładowo Andżelice jajecznica smakowała najbardziej ze wszystkich zjedzonych liofów, a mi najmniej, chociaż generalnie bardzo lubię tę potrawę. Jak więc widzicie, ocena smaku to kwestia bardzo indywidualna. Przed ewentualnym dłuższym wyjazdem, na pewno warto kupić kilka różnych rodzajów żywności liofilizowanej i spróbować każdej, aby wiedzieć co nam smakuje, a co nie.

Dziękuję firmie Raven, polskiemu dystrybutorowi odzieży, obuwia oraz sprzętu górsko–turystycznego za przekazanie produktów do testów. 

Komentarze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.