Polska narciarka Karolina Riemen-Żerebecka pewnie zwyciężyła w zawodach Pucharu FIS w konkurencji ski cross rozgrywanych w szwedzkim Kåbdalis. Pierwszy dzień zawodów Polka zakończyła na czwartej pozycji, jednak drugiego dnia nie dała szans rywalkom pewnie triumfując zarówno w kwalifikacjach, jak i we wszystkich heatach. To pierwszy tak duży sukces zawodniczki teamu Salomon od czasu bardzo poważnego wypadku, któremu uległa podczas treningów przed zawodami Pucharu Świata w 2017 roku. Zapraszamy do wywiadu z Karoliną.

Karolina Riemen-Żerebecka

Wielkie gratulacje! Właśnie wygrałaś pierwsze w swojej karierze zawody Pucharu FIS w ski cross’ie. Spodziewałaś takiego wyniku?

Moja wygrana w zawodach FIS nie jest moim największym sukcesem, jednak bardzo cieszy bo dopiero wracam do dobrej formy po przeciwnościach losu, które mnie spotkały. Przed samymi zawodami nie kalkulowałam jakiego wyniku mogę się spodziewać, tylko po prostu chciałam dać z siebie wszystko i zjechać jak najlepiej.

Jak mocna była rywalizacja na trasie? Biorąc po uwagę, że wygrałaś wszystkie heaty w drugi dzień, wygląda to na totalną dominację… 🙂

Wygranie zawodów to jedna sprawa, a wygranie wszystkich heatów i kwalifikacji to druga 🙂 I to właśnie wszystko razem wzięte daje dużą pewność siebie i ogromną satysfakcję.

Było to twoje pierwsze zwycięstwo odkąd powróciłaś do startów po bardzo poważnym wypadku w trakcie treningów w Sierra Nevada w marcu 2017. Wiem, że to trudny temat, ale mogłabyś opowiedzieć co wtedy się wydarzyło?

Wypadek zdarzył się na treningu przed Mistrzostwami Świata. To był pierwszy przejazd, w którym jechałam sama i zahaczyłam dolną nartą o tyczkę w końcowej fazie skrętu. W tym akurat miejscu prędkość była bardzo duża ok. 90 km/h. Wyrzuciło mnie jak z katapulty, obróciłam się o prawie 360 stopni i uderzyłam głową o przeciwstok rolera. Straciłam przytomność. Po półtoragodzinnym oczekiwaniu na śmigłowiec trafiłam do szpitala w Granadzie. Lekarze wprowadzili mnie w śpiączkę. Po tygodniu zostałam z niej wybudzona. Następstwa tego wypadku były potworne. Miałam sparaliżowaną połowę ciała, problemy z widzeniem, mówieniem, równowagą. W sumie uczyłam się wszystkiego od nowa – jak pić, jeść, chodzić, mówić… Nogą zaczęłam ruszać po paru dniach, ale ręką dopiero po miesiącu.

“moja cała rehabilitacja była ukierunkowana na powrót do sportu”

Jak długo trwał twój powrót do treningów?

Tak naprawdę od momentu kiedy trafiłam do szpitala Scanmed w Krakowie moja cała rehabilitacja była ukierunkowana na powrót do sportu. Po 6 miesiącach stanęłam pierwszy raz na nartach i można uznać, że wtedy rozpoczęłam prawdziwe treningi.

Czy oprócz fizycznej rehabilitacji musiałaś sobie poradzić również z psychiczną blokadą? Teraz ewidentnie jest świetnie, startujesz na maksa i wygrywasz. Jak udało ci się tego dokonać?

Na szczęście blokady nie miałam i nie mam. Bałam się bardziej o to, że moje ciało odmówi posłuszeństwa. Był natomiast jeden moment, jeden dzień w którym myśl o wypadku sparaliżowała mnie, ale z pomocą przyszedł mój mąż. Po rozmowie z nim było już wszystko w porządku.

Po powrocie do treningów, w trakcie przygotowań do udziału w Igrzyskach Olimpijskich w Pjongczang 2018 przydarzyła Ci się kolejna kontuzja?

Niestety tak, podczas treningu przed Igrzyskami znowu upadłam i następstwa tego wypadku wymagały operacji. Wysunął mi się krążek międzykręgowy. Do takiego stopnia, że istniało ryzyko ponownego paraliżu prawej nogi. Musiałam się poddać operacji 2 dni przed wylotem do Korei Południowej. Bardzo mnie to zabolało ponieważ udział w Igrzyskach był celem w mojej rehabilitacji. Po pewnym czasie jednak stwierdziłam, że nic nie dzieje się bez przyczyny i cierpliwie pogodziłam się z nową rzeczywistością. Ta sytuacja wzmocniła mnie jeszcze bardziej i z jeszcze większym zapałem zaczęłam treningi do obecnego sezonu.

Zobacz także:

Tatrzańskie początki

Wróćmy na chwile do twoich początków. Co skłoniło młodą dziewczynę do uprawiania tak ekstremalnej dyscypliny narciarskiej jaką jest skicross?

Od 3 roku życia jeżdżę na nartach. Z czasem starty w zawodach Koziołka Matołka przerodziły się w pasję. Do końca liceum uprawiałam narciarstwo alpejskie. Jako maluch bardzo często jeździłam z tatą poza trasami. Wtedy nie było jeszcze nawet nart freeride’owych, ani mandatów za jazdę poza trasami… (śmiech). Wszystkie żleby pod kolejką na Kasprowy mieliśmy zjeżdżone 🙂 Tata był toprowcem co miało swoje plusy. Podczas tak zwanych lotów testowych śmigłowca zabieraliśmy się na pokład i chłopaki wysadzali nas na przykład na Zawracie, a stamtąd czekał nas piękny zjazd na Halę Gąsienicową. Przez parę lat skakałam też na nartach freestyle’owych. Wygrałam nawet Polish Freeskiing Open i prawdopodobnie ta pasja skłoniła mnie, żeby zamienić narty alpejskie na skicross. Było to idealne połączenie jazdy alpejskiej ze skokami i przebywaniem w powietrzu przez dłuższy czas.

Jak oceniłabyś sytuację skicrossu w naszym kraju? Da się trenować na najwyższym poziomie? Jak wygląda zaplecze, kadra, obiekty?

Od wielu lat, zarówno ja jak i alpejczycy zazwyczaj nie trenujemy w Polsce. Jedynym wyjątkiem są dni pomiędzy świętami a nowym rokiem, gdzie trenuję na Czarnej Górze gigant i supergigant. Na prawdziwy tor skicross’owy nie ma szans. Trenuję w Alpach. A kadrę skicross w Polsce tworzę ja, mój trener i mój serwismen, czyli mąż. Gdy zaczynałam przygodę ze skicross’em kadra była dużo większa. Było kilku chłopaków i Dagmara Krzyżyńska, wiec fajnie się trenowało w grupie. Niestety zostałam tylko ja.

Podczas startów i treningów zwiedziłaś chyba cały świat! Jakie są twoje ulubione rejony?

Najbardziej podobają mi się miejsca ciche, spokojne i mało znane jak np. francuskie St. Franşois Longchamp. Natomiast naprawdę rozwinąć skrzydła można w Whistler. Ale moim numerem jeden jest i zawsze będzie Kasprowy. Spędziłam tam całe dzieciństwo i z tą górą wiążą się moje najlepsze wspomnienia.

Zobacz także:

Sprzęt

Opowiedz nam trochę o sprzęcie na którym się ścigasz.

Narty na których jeżdżę to sprzęt do slalomu giganta marki Salomon. Niektóre trochę bardziej miękkie z przodu lub tyłu. W tym roku po raz pierwszy od kilku lat Salomon zrobił nartę skicrossową Salomon Force Race. Budową jest bardzo zbliżona do przyszłorocznego modelu do giganta zaprojektowanego na Puchar Świata, czyli długość 188 cm i promień skrętu 30 metrów.

Jak wyglądają twoje treningi? Ile trwa przygotowanie do sezonu i jak wygląda (o ile można to powiedzieć) standardowy dzień treningowy?

Treningi skicrossowca są bardzo zróżnicowane. Oczywiście wymagana jest baza siłowa i wytrzymałościowa, a zbliżając się coraz bardziej do sezonu startowego pracuję nad szybkością, dynamiką i zwinnością. Umiejętność pokonywania różnorakich przeszkód na torze skicrossowym wymaga nie tylko obycia w locie i czasu reakcji, ale także bycia plastycznym. Mój standardowy dzień treningowy na nartach zaczyna się od zjedzenia śniadania koło 6-7, bo śniadanie jest najważniejsze 🙂 Przed wyjściem na narty zawsze muszę się rozgrzać i rozciągnąć. Robię bardzo dużo ćwiczeń stabilizacyjnych. Później ruszam na stok, wykonuję 2-3 zjazdy rozgrzewkowe i rozpoczynam trening, który w zależności od lokalizacji i planu trwa od 3 do 5 godzin. Po treningu jemy zazwyczaj lekki lunch i po południu około 16 mam drugi trening. Tym razem to tak zwany „trening na sucho”, czyli siłownia lub ćwiczenia na zewnątrz. Koło 18-19 jest kolacja, a później już tylko odpoczywanie i przygotowania na następny dzień. Przygotowania do następnego sezonu zaczynają się już na wiosnę kiedy jeszcze można wykorzystać to że jest śnieg. Później przychodzi lato, szybkie wakacje i z powrotem na narty.

Początek sezonu 2018/19 masz świetny! Jakie są twoje dalsze plany i cele na ten sezon?

Do Mistrzostw Świata, które rozpoczynają się początkiem lutego będę startowała w Pucharach Europy, a od lutego również w Pucharach Świata. Głównym celem na ten sezon jest dobry występ na Mistrzostwach.

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w kolejnych startach!

Dziękuję 🙂

Z Karoliną Riemen-Żerebecką rozmawiał Maciej Szopa

Komentarze


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.