Góry wywarły duży wpływ na moje życie. W Tatrach poznałem moją małżonkę, a w Sudetach poprosiłem ją o rękę. Ślubu nie mogliśmy wziąć w górach, ale postanowiliśmy w nich spędzić podróż poślubną. Wybór padł na znajdujący się w Gruzji pięciotysięczny Kazbek.

Nie jest to typowy cel podróży poślubnej, więc sporo osób dziwiło się, że właśnie w taki sposób chcemy ją spędzić. Dziwiła się rodzina, znajomi, nawet osoby, które razem z nami zdobywały Kazbek w Gruzji. Zamiast pięknego hotelu, plaży i słońca mieliśmy góry, namiot i śnieg. Zamiast odpoczynku, był trekking i później bardzo wymagający atak szczytowy, a zamiast prysznica… chusteczki nawilżane. Nie było idealnie, ale na pewno intensywnie i bardzo ciekawie 🙂

Kazbek vs. podróż poślubna

Wejście na Kazbek zaplanowaliśmy na wrzesień, bo jest to już końcówka sezonu. A to oznacza mniejszy ruch turystyczny na zboczach Kazbeku i trochę tańsze bilety lotnicze do Gruzji. Jednocześnie wejście we wrześniu pozwalało nam na wyjazd zaraz po ślubie, który odbył się na początku sierpnia. Z Warszawy wylecieliśmy późnym wieczorem, a w Tbilisi zameldowaliśmy się wcześnie rano. Na szczęście nie musieliśmy zapuszczać korzeni na lotnisku w oczekiwaniu na transport. Czekał już na nas bus, którym wraz z innymi członkami wrześniowej grupy otwartej Mountain Freaks wyruszyliśmy do Stepancmindy (Kazbegi).

Porada: Na lotnisku w Tbilisi warto wymienić walutę na gruzińskie lari. Trzeba mieć ze sobą euro lub dolary, bo złotówek nie wymienimy. W odróżnieniu od kantorów na większości lotnisk, kursy wcale nie są złodziejskie. Na lotnisku warto również zakupić starter z kartą SIM sieci Magti. To jedyna sieć, która aktualnie ma zasięg internetu na zboczach Kazbeku.

Dojazd do Stepancmindy (Kazbegi) trwa około 3 godziny. Droga jest kręta, a kierowcy w Gruzji jeżdżą jak szaleni, więc ciężko się zdrzemnąć, ale nie szkodzi. Pierwszego dnia po przyjeździe do Kazbegi czekał nas tylko odpoczynek. Agencja Mountain Freaks zakwaterowała nas w małym, ale przyjemnym pensjonacie Welcome. Większość dnia mieliśmy tylko dla siebie, więc wykorzystaliśmy go na odpoczynek. Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy wraz z organizatorami na tradycyjnej suprze z mnóstwem smacznego gruzińskiego jedzenia.

Jak wejść na Kazbek? Zobacz relację dzień po dniu

Przywitał nas piękny poranek. Po śniadaniu spakowaliśmy plecaki, rozdzielając sprzęt na dwie części. W pierwszym plecaku znajdował się ekwipunek, który konie transportowały bezpośrednio do Bethlemi Hut (Stacja Meteo). Do drugiego plecaka spakowaliśmy natomiast wszystko, co potrzebne na pierwsze dwa dni trekkingu i nocleg pod namiotem. Teoretycznie miała to być wędrówka na lekko, ale w praktyce i tak musieliśmy zabrać ze sobą około 15 kg bagażu. Na koniach do Bethlemi Hut (Stacja Meteo) pojechało drugie tyle.

Porada: Jeśli skorzystasz z transportu konnego, to praktycznie przez cały czas będziesz używał tylko mniejszego około 40 litrowego plecaka trekkingowego. Zabierz więc wygodny model. Zamiast dużego plecaka, możesz zabrać ze sobą solidną, wodoodporną torbę transportową. Może się zdarzyć, że transportowany konno bagaż wpadnie do strumienia lub w błoto. Aby zabezpieczyć rzeczy, warto kupić duży worek, do którego włożysz plecak lub torbę oraz kilka mniejszych worków, w które będziesz mógł zapakować ubrania. Worki najlepiej zakupić jeszcze w Polsce.

Wyprawa na Kazbek w Gruzji rozpoczyna się od dojazdu do Cminda Sameba, skąd wyruszymy pieszo do Saberdze, gdzie zaplanowany jest pierwszy nocleg. Po śniadaniu wsiedliśmy więc do aut terenowych, które wywiozły nas na wzgórze przy cerkwi klasztornej Cminda Sameba (Święta Trójca). Zapakowaliśmy główny bagaż na konie i wybraliśmy się na zwiedzanie klasztoru Świętej Trójcy (Cminda Sameba). Następnie wyruszyliśmy w dość krótki trekking, podczas którego do pokonania był odcinek 5 km z przewyższeniem 850 m.

Zobacz także:

Cminda Sameba 2170 m

W trakcie wejścia na Kazbek, już od pierwszego dnia towarzyszyło nam kilku przewodników, którzy dobierali tempo. Zdziwiło mnie, że jest ono bardzo spokojne. To jednak dobrze. Po co tracić siły na szybki marsz, skoro plecaki są ciężkie, a czasu mamy sporo. Po drodze mogliśmy spokojnie podziwiać gruzińskie góry, które wciąż wydają się dzikie i niedostępne. Pełen turystów jest tutaj tylko jeden szlak. Mowa oczywiście o tym prowadzącym na Kazbek. Po około 4 godzinach spokojnego marszu naszym oczom ukazał się lodowiec Gergeti oraz nowo wybudowane schronisko Alti Hut. Niestety ceny noclegu w schronisku są bardzo wysokie. Znacznie tańsze jest spanie w namiotach, które do obozu dostarczyły nam konie. Naszym zadaniem było tylko rozbicie namiotu i przygotowanie wody oraz posiłku.

Porada: Aby podczas wejścia na Kazbek proces aklimatyzacji przebiegał poprawnie, każdego dnia należy wypić około 4 litry wody, a to oznacza mnóstwo gotowania. Woda na Kazbeku jest bardzo zanieczyszczona. Nie wystarczy więc, że tylko doprowadzimy ją do września. Gdy woda zacznie się gotować, zostaw ją na małym gazie jeszcze przez około 10 minut, aby pozbyć się wszystkich bakterii. Jeśli stwierdzisz, że nie chce ci się gotować, to wodę (oraz kawę, herbatę czy ciepły posiłek) możesz zakupić w schronisku Alti Hut. Schroniskowa toaleta to ostatnie miejsce, w którym będziesz się mógł załatwić w przyzwoitych warunkach, więc warto skorzystać.

Saberdze 3000 m

Noc spędziliśmy w namiotach na wysokości 3000 m. Rano czułem już efekt działania rozrzedzonego powietrza. Bolała mnie głowa i szybko się męczyłem. Takie objawy towarzyszyły mi też przez kolejne dni, ale na szczęście ustępowały, gdy zaczynałem iść. Proces aklimatyzacji do wysokości nie jest zbyt przyjemny, ale przeprowadzony w sposób stopniowy i dokładny pozwoli ci na zdobycie góry bez większych negatywnych konsekwencji dla zdrowia. Aby poczuć się lepiej musimy przede wszystkim bardzo dużo pić. Zabrałem się więc za gotowanie, aby wypić przed dojściem do Bethlemi Hut (Stacja Meteo) co najmniej 2 litry wody. Po śniadaniu, ostatniej próbie skorzystania z toalety zabraliśmy się za zwijanie namiotu i wyruszyliśmy w dalszą drogę na Kazbek.

Porada: Zabierz ze sobą co najmniej 2, a najlepiej 3 źródła ognia. Zapalniki piezo czy zapalniczki żarowe bywają kapryśne na wysokości i w trakcie złej pogody. Polecam mieć ze sobą zwykłą zapalniczkę z kółkiem oraz na wszelki wypadek krzesiwo. Spakuj także izotonik w tabletkach, co pozwoli ci zmienić i nieco uatrakcyjnić smak wody, której przez najbliższe dni będziesz musiał pić bardzo dużo.

Lodowiec Gergeti

Tego dnia mieliśmy do pokonania około 3,5 km, więc odległość była niewielka. Nie mniej jednak szlak na Kazbek prawie cały czas prowadzi pod górę. Suma podejść wynosiła około 650 m. Po godzinie wędrówki zobaczyliśmy lodowiec Gergeti. Początkowo jest on dość stromy, ale później się wypłaszacza. Przewodnicy kazali nam ubrać raki. Sami natomiast ruszyli na lodowiec bez nich. Oczywiście w rakach przejście dolnej części lodowca Gergeti jest znacznie bezpieczniejsze, ale według mnie pokonanie tego fragmentu jest możliwe w lekkich raczkach turystycznych. Raki i buty wysokogórskie można wysłać konno do Bethlemi Hut (Stacja Meteo), a dolną część lodowca Gergeti pokonać w butach trekkingowych i raczkach, co pozwoli ograniczyć trochę wagę ekwipunku.

Zobacz także:

W trakcie dobrej pogody trasa do Bethlemi Hut (Stacja Meteo) jest dość prosta. Wystarczy iść po śladach koni. Gdy jednak widoczność spada, orientacja na lodowcu staje się bardzo trudna. Szliśmy do góry zupełnie nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Na szczęście wiedzieli to nasi przewodnicy, ale i oni pomagali sobie nawzajem naprowadzając się gwizdami. Przejście dolnej części lodowca Gergeti trwa około 2 godziny spokojnego marszu w górę. Po drodze możemy zobaczyć kilka imponujących szczelin, do których nie chciałbym wpaść. Po zejściu z lodowca Gergeti czeka nas jeszcze jedno strome podejście po skałach i jesteśmy przy Bethlemi Hut (Stacja Meteo). Teraz tylko rozbicie namiotu, odebranie rzeczy, które przyjechały konno i… dużo gotowania.

Porada: W górnej części lodowca Gergeti, która znajduje się powyżej Stacji Meteo musimy mieć już całe wyposażenie potrzebne do pokonania trudnego lodowca, w tym raki, czekan, uprząż, kask, linę, śruby lodowcowe, taśmy itp. Jeśli skorzystasz z usług agencji Mountain Freaks, to linę, śruby lodowcowe, taśmy będzie miał przewodnik.

Bethlemi Hut (Stacja Meteo) 3650 m

Pierwszy dzień w Stacji Meteo musiałem rozpocząć od odwiedzin toalety. Na szczęście nie miałem rewolucji żołądkowych. Po prostu musiałem skorzystać. Słyszałem, że warunki sanitarne w Bethlemi Hut są kiepskie, ale widok i zapach wychodka był wprost… niesamowity. Cztery ściany, dach, podłoga, a w niej… dziura. I to wszystko. Do dziury załatwiałeś co trzeba. A jak już się nie mieściło, to obok leżał wielki kij, którym trzeba było ubić zawartość.

Niesamowity smród, bród i konieczność załatwiania się “na narciarza” sprawił, że zacząłem doceniać jakość toalet na dworcach czy w galeriach handlowych. Wiele osób nie było w stanie wejść do wychodka i woleli załatwiać się po prostu za większymi kamieniami. W efekcie strach było zejść z wydeptanej ścieżki, żeby nie wejść na minę. No cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Korzystałem z wychodka przez kilka dni i nadal żyje. Trzeba tylko pamiętać o solidnym wyczyszczeniu rąk zawsze po wyjściu z tego przybytku.

Porada: Koniecznie zabierz ze sobą chusteczki lub żel antybakteryjny i mydło w płynie. Polecam także nawilżany papier toaletowy zamiast zwykłego. Ten prosty wynalazek 2w1, pozwoli ci się ogarnąć po załatwieniu potrzeby i od razu podmyć, co zmniejszy ryzyko powstania podrażnień skóry.

Wyjście aklimatyzacyjne powyżej Białej Kapliczki 4000 m

Kolejny etap wejścia na Kazbek to krótki trekking aklimatyzacyjny, którego głównym celem jest przekroczenie granicy 4000 m. Po śniadaniu wystartowaliśmy ze Stacji Meteo i ruszyliśmy w kierunku Białej Kapliczki. Trasa jest dość prosta, ale stroma. Do pokonania mieliśmy 350 m przewyższenia na dystansie około 1,5 km. Droga prowadzi grzbietem z którego bardzo dobrze widać Bethlemi Hut i rozbite wokół namioty.

Najpierw docieramy do kapliczki, która mieści się na wysokości 3900 m, a następnie kierujemy się w prawo i kontynuujemy podejście aż do około 4000 m. Podejście kończy się przy pionowej ścianie. W tym miejscu mieliśmy chwilę czasu na odpoczynek i zdjęcia. Potem czekało nas już tylko zejście, ale po drodze zatrzymaliśmy się przy Białej Kapliczce, aby ją zobaczyć z bliska. Niestety kapliczka jest aktualnie zamknięta, ze względu na nieodpowiednie zachowanie turystów.

Dzień rozpoczęliśmy wędrówką w słońcu, ale już po chwili pogoda się zepsuła. Niestety widoki zostały zasłonięte przez chmury. Co gorsza, podczas zejścia zaczęliśmy słyszeć grzmoty zwiastujące nadchodzącą burzę. Nie lubię burzy w górach i nawet trochę się jej boję. Wszyscy, łącznie z przewodnikami odruchowo przyspieszyliśmy kroku. Na szczęście udało nam się bezpiecznie zejść do Stacji Meteo przed burzą. Cały trekking zajął nam około 3 godziny. Teraz mieliśmy czas dla siebie, który oczywiście musieliśmy spożytkować w większości na gotowanie wody. Wieczorem mieliśmy spotkać się z przewodnikami, aby usłyszeć decyzję, czy kolejnego dnia będziemy mieć szansę na wejście na Kazbek. Prognozy nie były zbyt dobre, więc atak szczytowy stał pod dużym znakiem zapytania.

Dzień zapasowy

Obudziłem się o 10. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to, że gdybyśmy wyszli w górę, prawdopodobnie dochodzilibyśmy już do szczytu. Oczywiście pod warunkiem, że pozwoliłaby nam na to pogoda. Wczoraj przewodnicy poinformowali nas, że ze względu na złe warunki nie wyjdziemy na atak szczytowy. Na szczęście w zapasie mieliśmy jeden dzień awaryjny, właśnie na wypadek złej pogody. Nasze wejście na Kazbek zostało więc przełożone na kolejny dzień. Początkowo nawet trochę się ucieszyłem z tej informacji. Muszę przyznać, że miałem wtedy problemy z motywacją i nie specjalnie miałem ochotę na długi i męczący atak szczytowy. Po to jednak tu przyjechałem, więc nie pozostało mi nic innego jak odganiać od siebie leniwe myśli.

Zobacz także:

Cały dzień poświęciliśmy na gotowanie, jedzenie i odpoczynek. Moja żona nie czuła się najlepiej. Od kilku dni nie mogła spać. Do tego dostała okresu i bolał ją brzuch. Straszne combo. Nie zazdrościłem jej samopoczucia. Tymczasem ja czułem się znacznie lepiej. Ból głowy prawie ustąpił. Choć tęskniłem już za wygodnym łóżkiem, to czułem się naprawdę przyzwoicie. Chodziłem więc po obozie, rozmawiałem z ludźmi, gotowałem wodę. I tak przez cały dzień. Wieczorem usłyszeliśmy od przewodników, że pogoda się poprawiła, więc następnego dnia wyruszamy na Kazbek, by spróbować zdobyć jeden z najwyższych szczytów Gruzji.

Atak szczytowy na Kazbek

Budzik zadzwonił o 1:30. Początkowo chciałem wstać po 2 w nocy, ale liderka Mountain Freaks zasugerowała, że na przygotowanie się i zjedzenie solidnego śniadania będziemy potrzebować około 1,5 godziny. Miała rację. Ze wszystkim wyrobiłem się na styk. Żona znów nie spała większość nocy, ale czuła się lepiej niż wcześniej. Zdecydowała więc, że spróbuje zdobyć szczyt. Niestety już na początku zrobiła duży błąd. Prawie nic nie zjadła. Nie mogła wepchnąć w siebie śniadania i wypiła tylko trochę herbaty. Ja na siłę wcisnąłem w siebie całego liofa.

Wejście na Kazbek rozpoczęliśmy zgodnie z planem o 3 w nocy. Przewodnicy dyktowali tempo, które początkowo wydawało mi się bardzo wolne. Im natomiast byliśmy wyżej, tym bardziej przekonywałem się, że taki spokojny marsz był słusznym wyborem. Niektóre osoby zaczynały powoli odstawać z tempem. W przypadku agencji Mountain Freaks, w trakcie ataku szczytowego przewodnik może prowadzić maksymalnie po 3 osoby. Skład grup dobieramy samodzielnie przed atakiem szczytowym, ale przewodnicy mogą dokonać zmian. W moim zespole była żona i jeszcze jedna dziewczyna.

Na jednej linie

Początkowo droga na Kazbek prowadzi głównie kamienistą ścieżką. Mijamy jeden niebezpieczny fragment, gdzie spadają kamienie. Na skale leży tam rozbity kask. Mam nadzieję, że jego właścicielowi nie stało się nic poważnego. Do dolnego plateau docieramy około 6 rano. Nadal jest ciemno, ale niebo powoli się rozjaśnia. Zakładamy raki i wiążemy się liną z przewodnikiem. W tym miejscu przewodnicy podejmują także decyzję o ostatecznym kształcie zespołów, na podstawie dotychczasowej formy uczestników.

Czułem się dobrze i wiedziałem, że mogę iść szybkiej. Moja żona zaczęła natomiast słabnąć. Już na wcześniejszym postoju wepchałem w nią kalorycznego batona, ale brak solidnego śniadania ewidentnie miał swoje skutki. Przewodnicy zdecydowali, że jednak trafię do innego zespołu. Nie chciałem zostawiać żony, ale wiedziałem, że będzie w dobrych rękach. Jej grupę prowadził Nika, szef przewodników i współwłaściciel agencji Mountain Freaks.

Giorgi

Moim przewodnikiem był natomiast Giorgi. Bardzo sympatyczny wspinacz, przewodnik i ratownik gruziński, który rok wcześniej miał okazję odwiedzić polskie Tatry. Rozmawialiśmy chwilę, ale głównie skupiałem się na spokojnym oddechu. Po drodze wyprzedzaliśmy inne grupy złożone z kilkunastu osób na jednej linie. W ten sposób szczyt zdobywają często osoby zza wschodniej granicy. Agencja Mountain Freaks prowadzi natomiast ludzi według standardów europejskich. Na jednego przewodnika mogą przypadać maksymalnie 3 osoby.

Taki dobór grup zwiększa bezpieczeństwo, ale niestety oznacza, że jeśli ktoś osłabnie to zawrócić będzie musiał cały zespół. Nawet jeśli ktoś z zawracającego teamu nadal ma siły, to nie może podpiąć się do liny z innym przewodnikiem. To czy uda nam się zdobyć Kazbek, w dużej mierze zależy więc nie tylko od nas samych, ale także od naszych współtowarzyszy.

Świt na plateau

Świt zastaje nas podczas pokonywania rozległego plateau. Choć większość drogi za nami, to jednak dopiero teraz zaczynam odczuwać skutki wysokości. Znacznie szybciej się męczę. Co jakiś czas muszę więc stawać, aby uspokoić oddech. Próbuję uzupełniać siły żelami energetycznymi, ale nie wiele pomagają. Skuteczna okazuje się dopiero suszona wołowina. Mięso rządzi.

Śnieg jest głęboki. Do tej pory szliśmy ubitym śladem, za wyjątkiem miejsc, gdzie wyprzedzaliśmy inne zespoły. Teraz jednak śnieg jest na tyle głęboki, że nawet idąc za innymi, nadal zapadam się po kolana. Podchodzimy bardzo stromym fragmentem. Jedna z osób powyżej mnie traci równowagę i zaczyna się zsuwać w dół stromego zbocza. Na szczęście szybko się zatrzymuje. W końcu docieramy na przełączkę pod szczytem. Teraz mamy chwilę na odpoczynek, ale strasznie wieje. Tak mocno, że już po chwili chcemy przeć dalej.

Przewodnicy Mountain Freaks są wyposażeni w radia i często kontaktują się ze sobą. Korzystając więc z okazji pytam Gio, czy ma informację jak radzi sobie zespół z moją żoną. Wiem, że mieli znacznie gorsze tempo, ale gdy pytałem ostatnio, to cały czas szli w górę. Teraz niestety okazuje się, że musieli zawrócić. Czy coś złego się dzieje z moją żoną? – pytam. Nie. Nic poważnego się nie dzieje, ale musieli schodzić – uspokaja mnie Gio.

Kazbek 5047 m!

Co kilka kroków muszę się zatrzymać, żeby odpocząć. Jest już tak blisko, a jednocześnie tak trudno. Niektórzy nazywają ten fragment ścianą płaczu. Już wiem dlaczego. Schodzący pocieszają nas, że to najtrudniejszy moment podczas wejścia na Kazbek. Gorzej już nie będzie, a do szczytu w rzeczywistości jest już bardzo blisko. Zmęczenie jest jednak na tyle duże, że te słowa niewiele pomagają. Nie mam jednak zamiaru odpuszczać. Idziemy w górę, aż w końcu okazuje się, że wyżej już nie można. Kazbek!

Kazbek niestety nie rozpieszcza nas widokami. Na przełączce pod szczytem widoczność była znacznie lepsza. Teraz co jakiś czas wiatr rozwiewa chmury, ale aura nie pozwala nam nacieszyć oczu widokami. Odpoczywamy więc krótką chwilę, robimy kilka pamiątkowych fotek i zaczynamy zejście. Powoli i dokładnie stawiam kroki, bo zbocze jest zalodzone i strome, a ja jestem już mocno zmęczony. Wysokość sprawia, że czuję się trochę jakbym był wstawiony, ale na szczęście schodzenie jest znacznie mniej wymagające dla organizmu od podchodzenia.

Zejście ze szczytu

Z każdą chwilą jesteśmy coraz niżej, ale pogoda już całkiem się zepsuła. Teraz otacza mnie tylko biel. Powietrze i śnieg zlewają się w całość. Patrząc w dal nie wiem czy wciąż widzę śnieg czy już chmury. Tak na prawdę nie ma to jednak znaczenia, bo moim zadaniem jest tylko schodzić w dół. Wraz ze spadkiem wysokości zwiększa się ilość tlenu w powietrzu, dzięki czemu czuje się coraz lepiej. Kilka razy stajemy na moment, ale tempo zejścia jest bardzo dobre. Mijamy szczeliny, które rano były niewidoczne i całkiem zakryte. Teraz się otwarły. Na szczęście nasz przewodnik dobrze zna Kazbek i bezpiecznie sprowadza nas w dół lodowca Gergeti.

W końcu docieramy do miejsca, gdzie rano wiązaliśmy się liną. Nareszcie możemy ściągnąć raki i się rozwiązać. Chwila przerwy i idziemy dalej. Mamy bardzo dobre tempo, ale do celu jeszcze kawałek. But zaczyna mnie trochę obcierać, więc pytam ile nam zostało. Gio odpowiada, że około godzina. O dziwo nie jestem bardzo zmęczony i dobrze mi się schodzi. Zawsze byłem dobry na zejściach. Nawet po trudnym podejściu, byłem w stanie zostawić sobie sporo sił na zejście. Poprawiam więc buta i idę dalej. Ta godzina mija bardzo szybko.

Bezpieczny Kazbek

Docieramy do Bethlemi Hut (Stacja Meteo). Sukces! Udało nam się bezpiecznie wejść i zejść ze szczytu. Jest godzina 14, co oznacza, że cały atak szczytowy wraz z zejściem zajął nam 11 godzin. Ponoć jest to całkiem niezły czas jak na turystyczne standardy. Teraz muszę znaleźć żonę. Zaglądam najpierw do namiotu, ale jej nie ma. Wchodzę do Bethlemi Hut i pytam znajome twarze, czy ktoś ją widział. Niestety nikt nic nie wie. Dziwne, przecież musiała już zejść – myślę – zawrócili przecież dobre kilka godzin przed nami. Zaczynam się coraz bardziej martwić. W końcu udaje mi się ustalić, że czuła się na tyle źle, że trafiła do ratowników z Bezpiecznego Kazbeku.

Na szczęście wszystko jest już dobrze. Chłopaki z Bezpiecznego Kazbeku dobrze się nią zajęli. Podali jej leki i pozwolili odpocząć na łóżku polowym. Miła odmiana pod macie samopompującej. Pytam jak się czuje. Odpowiada, że już lepiej, choć jest zła na siebie, że nie udało jej się zdobyć szczytu. No cóż… takie są góry. Nie zawsze udaje nam się osiągnąć cel. Najważniejsze natomiast, że nic się jej nie stało. Mi pozostało przygotowanie posiłku i zagotowanie wody. Co prawda nie wypiłem wszystkiego w trakcie ataku szczytowego, ale izotonik, który ze sobą miałem prawie cały zamarzł. Przygotowuję więc świeżą porcję gorącej herbaty i liofa. W nagrodę zjadam wszystkie batony, które mi zostały.

Powrót do Stepancmindy

Obudziłem się rano zadowolony i wypoczęty. Po wczorajszym wejściu na Kazbek, mój organizm już tak dobrze zaaklimatyzował się do wysokości, że czułem się prawie tak, jak na nizinach. Za niedługo zaczniemy schodzić. Zjadam więc śniadanie, wypijam resztę wody. Nie chce mi się już gotować. W końcu ile można! Zwijamy namiot, ładujemy główny bagaż na konie i zaczynam zejście. Tym razem nie będziemy już zatrzymywać się na nocleg. Idziemy wprost na wzgórze przy Cminda Sameba.

Nigdzie nie zatrzymujemy się na dłużej. Wszyscy chcą już zejść do miasteczka. Okazuje się, że kilka dni śniegu i deszczu dość mocno zmieniło krajobraz. Widoki są jednak świetne. Niewielkie chmury, które osiadły nad dolinami nie zasłaniają krajobrazu, a jednocześnie znacznie go urozmaicają. Jest jednak straszne błoto. Przewodnicy decydują o zmianie trasy zejścia, bo standardową drogą na Kazbek ponoć płynie błotny potok. Tak czy inaczej przez większość czasu brodzimy w błocie. Zaliczam wywrotkę na śliskiej ziemi. Nie jestem jedyny. Ot takie urozmaicenie na koniec. Schodzimy coraz niżej, aż w końcu dostrzegamy klasztor Cminda Sameba. Jeszcze tylko kawałek.

Widać metę

Znów okazało się, że zejście poszło nam nadzwyczaj sprawnie. Przy cerkwi jesteśmy po niewiele ponad 3 godzinach marszu. Po chwili podjeżdżają samochody, które zawożą nas do Stepancmindy. W końcu docieramy do pensjonatu. Wszyscy jesteśmy niesamowicie brudni. Buty są tak ubłocone, że zostawiamy je przed wejściem do budynku. To jednak nie istotne. Najważniejsze, że udało nam się bezpiecznie wrócić. Teraz możemy wziąć prysznic, a wieczorem świętować biorąc udział w tradycyjnej suprze z gruzińskim winem i cha chą.

Komentarze


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.